Chantlicoatl

Kiedy zobaczyłem kilka screenów z produkcji Chantlicoatl, uderzyła we mnie nostalgia do kolorowych piratów pływających bo lazurowych oceanach pod błękitnym niebem. Krokodyle, gąszcz egzotycznych roślin, skarby tubylców – cudnie, tego mi było trzeba. Co prawda nie jest to opowieść o piratach, tylko o konkwistadorach, ale zaliczam ich do grona piratów, bo przecież też łupili ludzi i pływali na statkach. Gra powstała w około miesiąc, bądź trochę dłużej (Zombik mocno się sprężył, nie jest to łatwy wyczyn). Otrzymaliśmy więc niezgorszą, ale trochę rozciągniętą i monotonną historię z gatunku RPG o złocie Ameryki i podłych Hiszpanach, których przerosły chciwość i ambicje.

Z pewnością mogę powiedzieć, że bagna, po których będziemy się błąkać, to nie lada labirynt. Ścieżki są dość kręte, brak charakterystycznych miejsc, których można by użyć jako punktów orientacyjnych, a dość wolna prędkość poruszania się narzucona przez program w niczym nie pomaga graczowi. Szkoda, że nie ma jakiejś mapy, bo na pewno mniej czasu poświęciłbym na szukanie drogi (właściwie zaoferowałem Zombikowi, że mu mapę narysuję, ale zabrakło mi czasu, więc możecie winić mnie). Często wydawało mi się również, że nie do końca wyjaśnione było, dokąd właściwie mam się udać i nie wiedziałem, co ze sobą począć.

Jeśli chodzi o zalety, jest ich kilka. Po pierwsze, przeciwnicy są widoczni na mapie. Myślę, że nie trzeba tłumaczyć, dlaczego jest to plus. Same walki wykonano na standardowym systemie RM, za wyjątkiem możliwości użycia jednorazowych muszkietów oraz pistoletów, zadających duże obrażenia. Po drugie, całe to łażenie jest minimalnie urozmaicone o przeszkody pod postacią zniszczonych kładek, które można naprawić za pomocą desek oraz krzaków do ścięcia maczetą.

Dwóch głównych bohaterów, prokurator Hernando oraz duchowny, ojciec Adalbert, zostają wysłani przez króla Hiszpanii, Filipa II, do jednej z kolonii hiszpańskich w Ameryce Południowej. Ich zadaniem jest zbadanie powodu braku napływu złota z tamtejszej kopalni. Spotkałem się z lekkim brakiem różnorodności w dialogach z napotkanymi NPC. Żołnierze nie mówili prawie o czym innym, niż złych warunkach, braku pieniędzy oraz poczynaniach Henryka, nadzorcy kolonii, a dialogi z tubylcami wcale mnie nie zainteresowały, nie były też przydatne. Nie przeczę jednak, że realia życia konkwistadorów i uciśnionych przez nich rdzennych Amerykanów zostały dobrze ukazane, a przynajmniej zrozumiale, bo wszystko wyglądało dla mnie, przeciętnego odbiorcy, spójnie. Fabuła sama w sobie jest całkiem ciekawa. Zaczyna się dość powoli, ale z czasem narasta chęć dowiedzenia się, co takiego może się kryć w grobowcu, do którego stara się dostać Henryk.

Oprawa wizualna Chantlicoatl urzekła mnie w momencie, gdy zobaczyłem pierwszy screenshot. Miękka, urokliwa trawa, złotawe cegły. Tropiki jak marzenie. Mapy zostały wykonane bardzo szczegółowo, na szczęście nie są pozastawiane niepotrzebnymi dodatkami, nie świecą też pustką. Sprite’y postaci, które przygotował Zombik również są w porządku i pasują do gry. O battlecharach się nie wypowiem, ponieważ sam je dla niego edytowałem, ale trzeba przyznać, że tła walki pod postacią map zawsze wypadają najlepiej. Muzyka z kolei całkiem wpasowuje się w atmosferę, nie można jej niczego zarzucić. Efekty dźwiękowe zostały dobrze dobrane i umiejscowione.

Chantlicoatl to niezł gra, niestety dosyć monotonna oraz wymagająca pewnej ilości czasu do ukończenia. Przebrną przez nią w większości miłośnicy złotej ery piratów lub tropików. O ile dobrze orientujecie się w terenie i nie przeszkadza wam trochę łażenia w tę i z powrotem – tytuł jest dla was.

Versus

Autor gry: Zombik
Wersja RM: 2003
Gatunek: RPG
Status: Pełna wersja
Rok wydania: 2020
Download: Gdrive

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.